Strona główna

powrót
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 

Tragiczne lata 1938-1946 cz. I
My chcemy zaolzie

   


   W drugiej połowie lat 30-tych następowała polaryzacja sił w Europie. Jej niezmiernie ważnym czynnikiem była ofensywa Niemiec. W 1936 roku wojska hitlerowskie wkroczyły do Nadrenii, na początku 1938 r. do Austrii. Polityka równowagi prowadzona przez Polskę stawała się iluzją. Nie okazujący na zewnątrz niepokoju rząd polecił jeszcze w 1936 r. opracowanie planu wojny z Niemcami.

   W 1938 roku Rzesza zajęła czeskie Sudety. Rząd Polski wykorzystując trudną sytuację sąsiada rozpoczął przygotowania do ewentualnego zajęcia Zaolzia – organizując administrację gotową do natychmiastowego przejęcia terenu. Te przygotowania nie ograniczały się jedynie do akcji propagandowej i organizacyjnej. Nad granicą skoncentrowano Grupę Operacyjną „Śląsk” (36 tys. żołnierzy). 
Na interesującym nas terenie żołnierze rozlokowali się m.in. w Czyżowicach – w gospodarstwach: Magdaleny Adamczyk, Teofila Zbieszczyka, Barbary Pawlicy i Franciszka Jakubczyka oraz obok sklepu masarskiego Jana Wysłuchy. Na zalesionych terenach na linii leśniczówka – Czacza – Osiny urządzano ćwiczenia taktyczne. Karol Pawlica podaje, że w końcu lipca ulicą Gorzycka żołnierze ruszyli w kierunku Gorzyc. W nadgranicznych Gorzyczkach rozlokowali się m.in. w gospodarstwie Leona Skrzyszowskiego i Szkole. U inspektora dworskiego Gricza kwaterowali oficerowie 75 pułku piechoty. Także po zajęciu Zaolzia żołnierze z wioski przychodzili do gospody Lasaka (?). Zygmunt Klon podaje, że w Lubomii formowano specjalny oddział legionu, do którego zgłaszali się liczni młodzi chłopcy z nadodrzańskich i nadolziańskich wiosek.
Karmieni z wojskowego kotła wrócili jednak szczęśliwie do domu, nie wziąwszy broni do ręki.?

  Tymczasem „W radiu zamiast muzyki huczało i powtarzały się słowa „my chcemy „Zaolzie”. Nocą na granicy słychać było terkotanie karabinów maszynowych i kule świetlne niby robaczki świętojańskie przelatywały nad domami. Ludzie mówili, że będzie wojna. Kilka dni później wojska polskie ruszyły na południe. Ciągły wtedy całymi godzinami kolumny czołgów i różnego rodzaju sprzętu wojskowego” – wspomina niezwykle obrazowo H. Wysłucha.

   Stanisława Kwiczała była akurat w szkole (w Gorzyczkach): „Weszła nauczycielka – Wolańska i powiedziała, że jesteśmy zwolnieni z zajęć. Jechały wozy bojowe – za szkołą skręciły na Uchylsko. Biegły za nimi dzieci. Ja biegłam aż do Starego Bogumina”.
W wydarzeniach wzięli też czynny udział mieszkańcy naszych wiosek. I tak np. Paweł Bauerek z Gorzyczek i Karol Lasok z Turzy Śl. przekroczyli Olzę z 3 Pułkiem Strzelców Podhalańskich z Bielska.

   W ten oto sposób na początku października 1938 r. zajęto po przyjęciu przez Czechosłowację polskiego ultimatum powiaty: Czesko – Cieszyński, Frysztacki oraz skrawek Frydeckiego.

Potem doszło jeszcze do kilku korekt granicznych. 


NASZE ZAOLZIE 


   Na zajętym Zaolziu (ks. dr Henryk Olszar zwraca tutaj uwagę, że winno się raczej operować terminem Przedolzie)zainstalowała się polska administracja – m.in. polityczna, szkolna, skarbowa i kościelna. Warto w tym miejscu dodać, że z polecenia biskupa Adamskiego udał się tam jeszcze w sierpniu 1938 r. urodzony w Uchylsku – ks. dr Rudolf Adamczyk, z zadaniem rozeznania sytuacji.

   Pracował jako katecheta w Rychwałdzie. Był też człowiekiem Towarzystwa Nauczycieli Polskich oraz aktywnym uczestnikiem konferencji, na której dyskutowano o uregulowaniu spraw zaolzia, wreszcie kierownikiem wydziału świetlic dla bezrobotnych i organizatorem Towarzystwa Czytelni Ludowych. Brał wreszcie udział w konferencjach dekanalnych referując zagadnienia prawne. 

  Nowe władze zmierzały do wyrugowania elementu czeskiego dość mocno uświadomionego narodowo. Bardzo ważnym było tu zespolenie dobrze rozwiniętego przemysłu z pozostałą częścią wojen śląskich. W tym celu starano się m.in. pozyskiwać nowe miejsca pracy dla Polaków kosztem Czechów „ruszyłem i ja w kierunku Bogumina gdzie miałem ujka kolejarza. Prosiłem ujka, by postarał się dla mnie o prace w charakterze ucznia. W maju 1939 roku spełniły się moje marzenia. Zostałem uczniem w Fabryce Drutu i Gwoździ w Boguminie (...). Do pracy dojeżdżałem rowerem. (...) ojciec mój otrzymał po 12 latach bezrobocia pracę również na Zaolziu - w Dąbrowej na kopalni „Betina i Leonora” (...). Odległość do pracy jaka ojciec pokonywał na rowerze codziennie wynosiła ok 35 km” – wspomina...................
W ten oto sposób pracę w okolicach Bogumina czy Karwiny (liczne kopalnie) znalazło wielu mieszkańców naszych wiosek.

   Warto tutaj zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Wielcy właściciele ziemscy – Larischowie posiadali swe dwory m.in. w Gorzyczkach, Uchylsku, czy Łaziskach i Godowie, ale także po drugiej stronie Olzy – gdzie znajdowała się dyrekcja ich dóbr. Sytuacja zaistniała w 1938 r. ułatwiła z pewnością zarządzanie całością majątku. I tak np. na krótko przed wybuchem wojny wspomniany już Gricz „awansował” na zarządcę majątku Olszyny.

   Władze polskie powołały do życia po drugiej stronie Olzy 3 nowe gimnazja dostępne także dla młodzieży z nadodrzańskich i nadolziańskich wiosek. Fakt ten mógłby mieć w dłuższym okresie czasu bardzo duże znaczenie – najbliższe polskie gimnazjum znajdowało się przecież w odległym o jakieś 20-30 km Rybniku.

   W przeciwieństwie do rybnickiego – Państwowe Gimnazjum w Boguminie było szkołą koedukacyjną, dostępną także dla młodzieży żeńskiej. „W czerwcu 1939 roku zdawałam egzamin w Boguminie. Na egzaminie był też Stanisław Urbanek z Gorzyc, Stanisław Grzesista z Osin i Glenc z Gorzyc” – wspomina Stefania Kwiczała (również gorzyczanka). Do gimnazjum przeniesiono też część młodzieży z nadodrzańskich wiosek dojeżdżającą wcześniej do Rybnika – m.in. Jerzego Rybkę z Bluszczowa i Bolesława Reinera z Gorzyc (późniejszego dyrektora Instytutu Śląskiego w Opolu). Wincenty Meisel z Turzy Śl. miał natomiast objąć posadę nauczyciela wychowania fizycznego w Gimnazjum Przemysłowym w Karwinie od 1.09.1939 r.

   Pełne zespolenie przyłączonych ziem nie byłoby możliwe bez stworzenia dogodnych warunków komunikacyjnych. Wyremontowano drogę powiatową z Wodzisławia w kierunku Chałupek, uruchomiono przewozy osobowe na trasie Wodzisław – Bogumin – Wodzisław. Kursy 2 razy dziennie (rano i popołudniu) obsługiwał niejaki Śliwa. Nie ukończono niestety budowy nowej drogi, która miała połączyć wodzisławskie z Zaolziem (wytyczono i przeprowadzono pewne prace wstępne). Zbudowano jednak przeprawę spod Uchylska na Kopytów.

RADOŚĆ NIE TRWAŁA DŁUGO
„POLOKU, POLOKU, ZA POŁ ROKU HITLER CIE BYDZIE MIOŁ W PIEKAROKU”

Lato 1939 roku było bardzo ładne. Olza i Odra łączyły. Jedni wypoczywali nad wodą, inni od lat szmuglowali przez zieloną granicę jajka do Zabełkowa, czy do Odry cukier. Także na „zolyty” chodzono w jedną, czy to w druga stronę. Mieszkańcy sąsiednich wiosek spotykali się na odpustach i zabawach. I tak n.p. Odrzanie chodzili do Roszkowa czy Zabełkowa, a Tworkowianie do Gorzyc (m.in. Ludwik Bielaczek). Przekomarzały się dzieci pasące krowy po jednej i drugiej stronie granicy - te z niemieckiej, spod Krzyżanowic wołały do rówieśników po drugiej stronie „Poloku, Poloku, za poł roku Hitler cie bydzie mioł w piekaroku”.

   Z zagrożenia nie zdawano sobie chyba tak do końca sprawy. Po dojściu Hitlera do władzy większą aktywność poczęła przejawiać mniejszość niemiecka. Brak bezrobocia po drugiej stronie Odry nie pozostał też bez wpływu na osoby nie mogące całymi latami znaleźć zatrudnienia. Można je było otrzymać w Niemczech. Ceną była zwykle konieczność wstąpienia do volksbundu i posłania dziecka do szkoły mniejszościowej.
Wśród wstępujących w szeregi niemieckich organizacji byli nie tylko miejscowi Niemcy (których przecież nigdy tu nie brakowało), ale także nie określający się narodowościowo, czy nawet przybierający wcześniej postawę propolską. W ten sposób w szeregach niemieckich organizacji znaleźli się nawet byli powstańcy. Można tutaj wskazać konkretne przypadki – w jednej z wiosek interesujących nas - były powstaniec, bezrobotny ojciec rodziny otrzymał pracę po drugiej stronie granicy i znalazł się w szeregach niemieckiej organizacji. To spowodowało bardzo ostrą reakcję dwu członków miejscowego Oddziału ZPŚl.. Wiadomo też, że w szeregach tego ostatniego „krążyli” członkowie niemieckiego volksbundu. Trzeba tu pamiętać o bardzo skomplikowanej sytuacji narodowościowej doliny Odry i Olzy. Ich mieszkańcy byli podobni do „kamieni granicznych” – po jednej stronie polskich, po drugiej niemieckich, o często niewykształconym poczuciu przynależności narodowej – na co zwracali uwagę m.in. Szramek i Korfanty, a język nie zawsze był tu wyznacznikiem przynależności narodowej, a przechodzenie w „zależności od okoliczności na stronę polską, czy niemiecką nie stwarzało większych problemów. Starsze osoby kończyły przecież kiedyś szkołę niemiecką, miały za sobą udział w I wojnie światowej, a czasem długie lata spędzone w dalekiej Westfalii, nie mówiąc już o koligacjach rodzinnych na terenie całej raciborszczyzny.

   Z drugiej strony „polskość kresów” manifestowali członkowie licznych polskich organizacji – m.in. Związku Obrony Kresów Zachodnich, Związku Strzeleckiego „Strzelec”, Związku Harcerstwa Polskiego, Towarzystwa Polek, wreszcie członkowie ZPŚl., zmierzający co roku spod Mysłowic przez Rogów do „trójkąta” (Daniel, czy chodzi o tzw. „rondel”? hr Arco - moja babcia tak godo) w Olzie.
Atmosferę podgrzewały wystąpienia i zbiórki antyhitlerowskie: w pobliskiej Lubomii (pod przewodnictwem Segeta w 1938 r.), w Gorzycach (w sali Krzyżaka – gościł tu Alfons Mrowiec), czy w Turzy (w sali u Lasoka – tu w sierpniu 1939 r. kilkunastoletni uczeń rybnickiego gimnazjum. Dominik Lasok mówił płomiennie „komu nie pachnie chleb z trocinami niech się stąd wynosi”).

   Jeszcze na krótko przed wybuchem wojny przejechała przez Brzezie grupa rowerzystów wołając „Hitlera bij. Polsce cześć”. Te nastroje umacniało niezwykle popularne radio, z anteny którego Beck wykrzykiwał „Nie damy ani guzika”.
Miejscowa ludność wzięła też czynny udział w akcji pomocy dla armii. I tak np. Koła Towarzystwa Młodych Polek złożyły następujące kwoty: Czyżowice – 67,80 zł, Turza – 16 zł i srebrną monetę, Rogów – 15 złotych (dane z sierpnia 1939 r.). Na wypadek wojny przygotowywali się harcerze – i tak np. drużynowa Dorota Rekówna z Turzy miała w dniu 31.08.1939 r. udać się z instruktorką Agnieszką Kopianką na kurs sanitariuszek do Rabsztyna. W ostatniej chwili Kopianka przesunęła datę wyjazdu o 1 dzień.

   Do obrony sposobili się członkowie wspomnianego Związku Powstańców Śląskich. Na krótko przed wybuchem wojny władze Związku w porozumieniu w władzami wojskowymi stworzyły Ochotnicze Oddziały Powstańcze. Miały one wraz z nadgranicznymi posterunkami policyjnymi i Strażą graniczną utrzymywać porządek na zagrożonej granicy. W starszej literaturze przedmiotu mocno zawyżano ich skład, mówiąc o 8 batalionach „w sile przeszło 3 tys. ludzi” – w samym tylko rybnickiem (Cichecki, Dubiel, Mrowiec). Miały one pełnić służbę graniczną dniem i nocą.
Batalionem V (przydzielono mu odcinek od Olzy do Lubomii) dowodził Józef Balcar z Godowa, a dowódcami kompanii byli: Antoni Owczarczyk z Godowa, Józef Hetmański z Łazisk i Franciszek Wysłucha z Godowa. Natomiast Batalion VIII otrzymał odcinek z Gorzyczek do Bukowa. W jego skład wchodzili byli powstańcy – uchodźcy z raciborskeigo. Dowodził nim Augustyn Franke z Bełsznicy, a poszczególnymi kompaniami: Wiktor Błędowski z Rogowa, Józef Weiner z Gorzyc i Piotr Biczysko z Rogowa. Wspomniany Błędowski podaje, że jego batalion posiadał 2 karabiny maszynowe starego typu, przechowywane z okresu powstań śląskich, 104 karabiny ręczne (w tym około 40 sztuk jeszcze z powstań śląskich), około 30 sztuk „skombinowanych” względnie zdobytych i 34 sztuki pożyczonych z posterunków policyjnych, a ponadto 18 pistoletów i rewolwerów.

   Dowództwo nad grupą młodzieży powstańczej objął natomiast Józef Rzazona z Rogowa. W tejże literaturze mówi się o drobnych potyczkach Oddziałów z bojówkami niemieckimi przedostającymi się na polską stronę granicy – pod pobliskim Kopytowem (25.08.1939 r.), Olzą (26.08), Odrą i Kamieniem (27.08) oraz Kopytowem, Olzą i Kamieniem (27.08. 1939 r.). W ostatniej potyczce – pod Kamieniem miano wziąć do niewoli kilku Niemców, zdobyć kilkanaście automatów i amunicję. Autorzy tychże opracowań oparli się przede wszystkim na relacjach byłych powstańców – m.in. Wiktora Błędowskiego z Rogowa. Z tego też powodu musza one być w jakimś stopniu subiektywnymi, tym bardziej, że nie dokonano ich weryfikacji w oparciu np. o relacje ludności nadgranicznych terenów. Spośród dziesiątek zebranych przeze mnie relacji mieszkańców dawnej parafii gorzyckiej i rogowskiej żadna nie potwierdza podanych wyżej zdarzeń tak szeroko opisywanych w literaturze przedmiotu.
O skomplikowanej sytuacji naszego pogranicza najlepiej świadczy jednak fakt, że po stronie niemieckiej Oddziałami „Freikorps-u” dowodzili członkowie „Jungdeutsche Partei” – bracia Alfred i Ernest Sitkowie z Kamienia (którzy jeszcze w 1937 bądź 1938 r. przedostali się na stronę niemiecką), a w Oddziałach tejże formacji zginął m.in. w dn. 1.09.1939 r. Henryk Chłapek. Do drobnych incydentów, i to dużo wcześniej, dochodziło w samych wioskach – np. ozdabiano napisami domy członków volksbundu, wymalowano czarną swastykę na pomniku powstańczym w Bluszczowie w maju 1939 r.


Daniel Jakubczyk

 


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce Czerwiec 2002.