Strona główna

powrót
Skomentuj artykuł
dodaj komentarz
przeglądaj komentarze
< prosimy nie zmieniać tematu wiadomości >
 

Wydawca Internetowej wersji magazynu U NAS

 LUDZIE, A HISTORIA ZIEMI WODZISŁAWSKIEJ


Rozpocznę moje wystąpienie na temat historii ziemi wodzisławskiej i ludzi z nią związanych od banalnego, przyznaję, aczkolwiek koniecznego w tym kontekście stwierdzenia, że nasze miasto Wodzisław Śląski leży na Górnym Śląsku w południowej części dzisiejszego województwa śląskiego, na tak zwanym przedpolu Bramy Morawskiej. To specyficzne geograficzne położenie rzutować będzie po wielokroć w ciągu dziejów na jego historię. I rzutuje po dzień dzisiejszy. Jako miasto narodowościowego i kulturowego pogranicza Wodzisław Śląski jest centralnym ośrodkiem ukształtowanego w wielowiekowym procesie historycznym terytorium, które określa się współcześnie coraz częściej mianem ziemi wodzisławskiej. Warto jednak wiedzieć, że z historycznego punktu widzenia termin ten, w odniesieniu do jego najdawniejszych dziejów, nie jest całkiem adekwatny. Mówił o tym niedawno w interesującym wykładzie wygłoszonym na zaproszenie starostwa wodzisławskiego w cyklu "Ludzie tej ziemi" jeden z najznakomitszych współczesnych jej reprezentantów, pochodzący z naszego miasta profesor Uniwersytetu Śląskiego, dyrektor . Instytutu Historii w tymże uniwersytecie, mediewista prof. Idzi Panic. Jak niektórzy z obecnych tu na sali Państwa pamiętają, prof. Panic stwierdził, że w okresie średniowiecza i późniejszym, w epoce staropolskiej, termin "ziemia" jako oznaczenie jednostki podziału terytorialnego funkcjonował jedynie na obszarze Królestwa Polskiego, później Rzeczypospolitej zwanej Obojga Narodów, nie istniał natomiast jako taki na obszarze Górnego Śląska, gdzie w okresie wczesnego średniowiecza i długo jeszcze później jednostką organizacji życia społecznego była tzw. wspólnota opolna. W historycznym więc tego słowa znaczeniu była "ziemia krakowska, kaliska, sieradzka, et cetera", nie było natomiast "ziemi wodzisławskiej", co chcę stwierdzić jedynie gwoli naukowej prawdy, a nie po to, aby burzyć nasze, wodzisławskich patriotów, dobre samopoczucie. Ja również będę w moim wystąpieniu posługiwał się tym-terminem, pamiętając nie o jego historycznym, lecz współczesnym i potocznym znaczeniu. Obecność człowieka na ziemi wodzisławskiej sięga czasów o wiele głębszych, odleglejszych w czasie niż wzmiankowana powyżej epoka średniowiecza. Sięga czasów prehistorycznych. O najdawniejszych mieszkańcach tego regionu świadczą bogate wykopaliska archeologiczne - najstarsze znaleziska pochodzą z epoki kamiennej, głównie z epoki kamienia gładzonego, a więc około 4 tysiące lat przed naszą erą. Z okresu wpływów rzymskich, z początku naszej ery pochodzą znalezione tu monety, które prawdopodobnie zostawili kupcy wędrujący ź południa Europy nad Bałtyk po bursztyn. Użyłem przed chwilą określenia "bogate znaleziska", co zapewne przedstawicieli powiatu raciborskiego obecnych, tu na sali mocno zdziwi. Bo też, proszę państwa, gwoli historycznej prawdy nasze wodzisławskie prehistoryczne odkrycia w zakresie kultury materialnej są naprawdę mizerne w porównaniu z tymi, dokonywanymi wciąż na ziemi raciborskiej, o czym wiedzieć powinni nie tylko archeolodzy, a co wynika po prostu z lepszych warunków do osadnictwa, jakie napływająca falami z południa Europy ludność znajdywała na tych terenach (bardziej równinny i mniej lesisty teren, żyźniejsze gleby). Najstarszą, warto wiedzieć, osadą wzmiankowaną na terenie dzisiejszej ziemi wodzisławskiej w źródłach historycznych nie jest sam Wodzisław, lecz pobliski, usamodzielniony już Pszów, o której to miejscowości zwanej Psonone, mówi łaciński dokument z 973 roku. Najstarsze historyczne zapiski dotyczące terytorium wchodzącego administracyjnie w skład dzisiejszego miasta Wodzisław Śląski pochodzą z 1239 r. i mówią o zespole zabudowy Jedłownik, będącym prawdopodobnie grodkiem obronnym, leżącym na ważnym szlaku handlowym południe - północ. Skoro był gród, musiał być również narządzający nim pan grodowy, czyli kasztelan. Dokument z 1239 r. daje nań? satysfakcję poznania owego kasztelana (komesa - w innej, staropolskiej formie językowej) i jest nim niejaki GOSŁAW, o którym ponadto nic nie wiemy, ale przecież warto o tej postaci pamiętać, bo jest to pierwsza znana nam z imienia historyczna postać ziemi wodzisławskiej. Jedłownik został zniszczony w czasie najazdu tatarskiego w 1242 r. i już go nie odbudowano. Po kataklizmie najazdu tatarskiego książę opolsko - raciborski Włodzislaw postanowił zbudować na tym miejscu warowne miasto, które przejęłoby funkcje dawnego grodu. Dokument lokacyjny miasta, niestety, się nie zachował, więc tak naprawdę nie wiemy dokładnie kiedy to było, ale wiemy, że w 1257 r. sprowadzeni zostali tu minoryci czyli franciszkanie, którzy wybudowali w tym miejscu klasztor i kościół. Rok ten przyjęto uważać za datę otrzymania praw miejskich przez miasto VLADISLAWIA, które nazwę swą przyjęło od imienia fundatora - księcia Włodzisława. Od XIV w. ustaliła się dla miasta niemiecka nazwa Loslau w różnych jej formach. Geneza nowo powstałego miasta Wodzisław nie jest do końca jeszcze poznana i toczy się o nią i wśród historyków i wśród zwykłych miłośników miasta szlachetny spór - czy miasto powstało na miejscu uprzednio już w jakiś sposób zasiedlonym, czy też budowane było na tak zwanym surowym korzeniu, czyli od podstaw w całkiem nowym miejscu. Następne ważne pytanie, jakie miłośnicy Wodzisławia sobie stawiają brzmi - kim byli i skąd przybyli do miasta osadnicy? Na te pytania usiłował ostatnio odpowiedzieć podczas sesji "Dziedzictwo kulturowe ziemi wodzisłccwskiej" archeolog pracujący w naszym lokalnym muzeum, p. mgr Sławomir Kulpa. Jego zdaniem, w świetle ostatnio przeprowadzonych w mieście badań archeologicznych wynika, że miasto, po katastrofie Jedłownika spowodowanej najazdem tatarskim, powstało jednak w całkiem nowym miejscu, czyli na surowym korzeniu, i że zasiedlone zostało przez osadników sprowadzonych przez księcia Włodzisława z zachodniej Europy. Miasto i związana z nim ziemia przechodziły później różne koleje losu i miało wielu różnych władców, o czym za bardzo nie mam czasu teraz państwu mówić, więc tylko zasygnalizuję pewne osoby i fakty z dziejów miasta, by przejść do najbardziej brzemiennych w skutki i ważnych wydarzeń z życia miasta w wieku XX. Z poczucia historycznego obowiązku wspomnę więc o żyjącej z początkiem XIV wieku wodzisławskiej księżnie KONSTANCJI, która przez pewien czas była żoną księcia wrocławskiego, pretendenta do tronu krakowskiego w czasach rozbicia "dzielnicowego, Henryka IV Probusa. Dla spopularyzowania sylwetki księżnej wielkie, nieprzemijające zasługi położyło Towarzystwo Miłośników Wodzisławia, i wciąż wiele czyni w tym kierunku. Była więc w historii Wodzisławia księżna, choć tak do końca nie wiadomo, czy było księstwo. Na początku XVI wieku miasto i okoliczne ziemie zmieniło swój status prawny i przekształciło się w Wodzislawskie Państwo Stanowe, w literaturze historycznej określane również jako Mniejsze Wolne Państwo Stanowe Wodzisław (Status Minor Loslensis). W rękach Panów Stanowych pozostał odtąd Wodzisław aż do początku XIX wieku, zmieniając co pewien czas swoich wlaścicieli i tracąc stale na znaczeniu, gdyż traktowali oni miasto jako źródło nade wszystko własnego tylko bogacenia się. Sytuacja miasta zmieniła się pod panowaniem pruskim. Od roku 1740 miasto nasze, wraz z całym Górnym Śląskiem, z niewielkimi wyjątkami, znalazło się pod panowaniem króla pruskiego Fryderyka II Wielkiego. Wbrew rozpowszechnionym, stereotypowym, uproszczonym mniemaniom, biorącym się najczęściej z historycznej ignorancji, okres ten zapisał się w dziejach miasta i całej okolicznej ziemi z gospodarczego i społecznego punktu widzenia bardzo pozytywnie, zwłaszcza kiedy porównamy go z czasami regresu i postępującego ubożenia w czasach panowania Habsburgów. W Wodzisławiu zaczynają kształtować się zręby przemysłu, szczególnie wydobywczego. Najbardziej burzliwy i niespokojny okres w siedemsetletniej ponad historii miasta i jego mieszkańców nadejdzie jednak dopiero w wieku XX. Wodzisław i Wodzisławianie będą dzielić losy całej górnośląskiej dzielnicy i jej mieszkańców dotkniętych tragedią powstań i plebiscytu. 20 III 1921 r. mieszkańcy wodzisławskiej ziemi w większości wypowiedzieli się za Polską, za wyjątkiem samego Wodzisławia, w którym dominował wyraźnie żywioł niemiecki Za przynależnością do Niemiec głosowało w nim aż 1669 osób, a za Polską zaledwie 662 osoby.
Po III powstaniu śląskim miasto nasze, w odróżnieniu od Raciborza, znalazło się w granicach U Rzeczypospolitej i stało się miejscowością przygraniczną zarówno w stosunku do Czechosłowacji, jak i państwa niemieckiego. W ciągu najbliższych 23 lat miasto nasze i jego mieszkańcy wraz z całą ziemią wodzisławską będzie jeszcze dwa razy zmieniać przynależność państwową - w 1939 r. zostanie wraz z całym Górnym Śląskiem włączone przez okupacyjne władze niemieckie do Rzeszy Niemieckiej, a w 1945 r. powróci znów do Polski. W ciągu więc niespełna półwiecza "ziemia wodzisławską, a wraz z nią pokaźny fragment Górnego Śląska aż cztery razy zmieniał przynależność państwową. Proszę mi pokazać inny fragment terytorium obecnego państwa polskiego, który by doświadczył takiego skomplikowania historycznego losu. Nic też dziwnego, że takie historyczne zawirowania wpłynęły znacząco, bo wpłynąć musiały, na ukształtowanie się specyficznej tożsamości regionalnej miejscowych mieszkańców. Ślązaków, których władze państwowe, czy to niemieckie, czy to polskie traktowały zawsze z jednakowym sceptycyzmem i nieufnością. Ludzie ziemi wodzisławskiej w tym trudnym XX wieku doświadczyli w swej masie również takiego traktowania i takiego trudnego losu. Niech ilustracją tej prawdy będą życiorysy dwóch wybitnych postaci ziemi wodzisławskiej, dzisiaj jakby nieco już zapomnianych i pokrytych kurzem społecznej niepamięci. W ich biogramach, niczym w soczewce, skupiają ' się najważniejsze wątki - społeczne, narodowościowe, polityczne - śląskiego, wodzisławskiego losu. Obydwie te postaci są zarazem i bardzo dla tego losu typowymi, i w pewnym, istotnym fragmencie, nietypowymi postaciami. Nieadekwatność ich biografii względem standardowego śląskiego losu w tym czasie polegała na tym, że były to osoby dysponujące wykształceniem. Wykształcenie tradycyjnie nie należało do dóbr stawianych w tym czasie na ziemi wodzisławskiej, podobnie jak na całym Górnym Śląsku, zbyt wysoko. Ludzie tu nad teoretyczną i abstrakcyjną wiedzę przedkładali umiejętności praktyczne. Większość naszych współziomków zdawała się wtedy potwierdzać tezę o swojej przydatności jedynie do prac manualnych. Część jednak - i to coraz bardziej znacząca - potrafiła wyrwać się z robotniczo - chłopskiego przeznaczenia i zdobyć szlify inżynierów, lekarzy, nauczycieli, prawników, ekononfistów, duchownych. Wbrew zakorzenionym i krzywdzącym Ślązaków stereotypom, uparcie i wytrwale zdobywając kolejne stopnie edukacji, pięli się po stopniach społecznego awansu. Czas już najwyższy, proszę Państwa, aby przedstawić sylwetki wybitnych postaci ziemi wodzisławskiej, którzy w tym stuleciu współtworzyli jej historię i których życiorysy stanowić mogą egzemplifikačję trudnego losu Górnoślązaka w tym momencie dziejów. Postacią, która niewątpliwie współtworzyła historię wodzisławskiej ziemi w tym stuleciu, która odcisnęła swoje własne, indywidualne piętno na dziejach miasta, kształtowała-jego klimat i atmosferę
był doktor Lucjan Mende.


Postać ta w dziejach miasta Wodzisławia Śl. niezwykle zasłużona, a jakby już nieco zapomniana, zepchnięta w cień przez innego, sławnego wodzisławskiego lekarza doktora Tumułkę. Jeśli już współcześnie pamiętamy o doktorze Mende, to głównie z racji istnienia niewielkiej, skromnej uliczki w Wodzisławiu nazwanej jego imieniem, a także z powodu -anegdot i dowcipów, którymi pamięć o starym doktorze jest gęsto opleciona. Tymczasem dr Mende zasługuje na naszą pamięć i uwagą z dwóch co najmniej ważnych względów. Pierwszy z nich to jego europejskość, prawdziwa, nie napuszona, świadoma swych korzeni, a zarazem otwarta na innych, tolerancyjna. Przez chwilę wzdragałam się z użyciem słowa "europejskość", które ostatnio zostało bardzo spospołitowane i często jest nadużywane dla doraźnych rozgrywek politycznych, ale w przypadku doktora wydaje się ono trafne, słuszne, co postaram się niniejszym wykazać. Drugi ważny aspekt jego działalności, to rzadki już współcześnie przykład literalnego wypełniania przysięgi Hipokratesa, jego prawdziwa, szlachetna bezinteresowność i oddanie ludziom chorym, słabym, przez los i historię pokrzywdzonym. W czasach, gdy na luksus bycia chorym pozwolić mogą sobie już tylko nieliczni, ci bogatsi zresztą, postać doktora Mende bezinteresownie często leczącego każdego, bez zważania na jego kondycję majątkową, społeczną narodową, religijną, polityczną, czy jakąkolwiek inną zasługuje na nasz szacunek, pamięć i bycie wzorem dla pokoleń współczesnych lekarzy.


Sląskość i europejskość doktora Mende


W biografii doktora Mende jedna rzecz jest godna szczególnego zauważenia i podkreślenia - jego niezależność, nie uleganie koniunkturalnym modom i prądom historycznym i politycznym, co niektórzy błędnie odbierali jako apolityczność i pewnego rodzaju przekorę. Ten rys charakteru doktora Mende wiąże się ściśle z podkreślaną przeze mnie w innym miejscu jego europejskością. Z pochodzenia był i pozostał Niemcem - Górnoślązakiem, ale swój niemiecko - górnośląski patriotyzm wyniesiony z domu rodzinnego demonstrował bardzo delikatnie. Nie obnosił się z nim ostentacyjnie w czasach władzy niemieckiej, wprost przeciwnie, świadkowie podkreślają, że w czasach hitlerowskiej okupacji demonstracyjnie używał języka polskiego (mówił po polsku dobrze, gramatycznie, aczkolwiek z pewnym charakterystycznym akcentem zdradzającym od razu, że to nie jest jego "native language"). W czasach już Polski Ludowej, na przekór decydentom i modom narodowym uciekał się często w oficjalnych wypowiedziach do języka niemieckiego. Pewien świadek życia i działalności doktora Mende na pytanie o jego przekonania polityczne odpowiada wpierw, że polityką się nie interesował, by po chwili refleksji dodać, rzecz charakterystyczna, że nie był fanatykiem, nie znosił na równi faszyzmu jak i komunizmu, obydwu tych strasznych totalitaryzmów, których cywilizowana Europa doświadczyła w tym stuleciu. Potrafił narazić się władzy, nie robiąc tego jednak ostentacyjnie, by broń Boże nie spowodować posądzenia o demonstracyjną opozycyjność,'czego, jak powszechnie wiadomo. Ślązacy bardzo nie lubią. Ale tam, gdzie wymagał tego np. interes jego pacjentów potrafił być twardy i stanowczy, tak jak to było np. w przypadku sprawy zwolnień lekarskich, w której zasłynął na cały Wodzisław. Rzecz działa się w latach pięćdziesiątych. Do doktora Mendego przyszli działacze z" centrali związków zawodowych z pretensjami o wystawienie zbyt dużych ilości zwolnień lekarskich z pracy. Na takie dictum doktor Mende zdjął swój biały fartuch lekarski, zawiesił go na wieszaku i do Pani Irmy rzekł ze stoickim spokojem - "Irma pakuj się. Nowe dochtory przyszli". Aparatczycy związkowi zbaranieli i zaczęli chyłkiem się wycofywać. Wiem, że w tej sprawie był przesłuchiwany również przez lokalny Urząd Bezpieczeństwa. Możemy sobie wyobrazić jakie konsekwencje mógłby ponieść w przypadku udowodnienia mu... sabotowania pracy socjalistycznej.


Wielu miało za złe doktorowi Mende, że oficjalnie nie określał się jednoznacznie narodowo, że nie odnosił się z "jedynie słusznym" patriotyzmem, tak jak to dyktowała aktualna polityczna koniunktura. Jedno mówili i mówią o nim nadal - "był ducha niemieckiego", inni - "był ducha polskiego", jeszcze inni "czuł się tylko Ślązakiem". My moglibyśmy o nim powiedzieć na pewno - był szlachetnym człowiekiem i wielkim humanistą, dla którego ważny był przede wszystkim człowiek i jego problemy. Wszelkie inne uwarunkowania uznawał za drugorzędne wobec tego podstawowego. A znając zmienne i tragiczne koleje losu Śląska w wieku XX, trudno się jego ostrożnej postawie, typowej zresztą dla wielu Ślązaków dziwić. Był człowiekiem, przynależał do pokolenia, któremu za życia zmieniały się aż cztery razy formy państwowe i za każdym razem powątpiewano w jego narodowość i związany z nią patriotyzm. Przeciętny Ślązak w tym stuleciu pod każdą nową władzą był "tremy" i za każdym razem miano mu coś do zarzucenia, a to, że za mało ducha takiego, a to za mało drugiego, itd. Dr Mende urodził się jako obywatel wilhelmińsko- kajzerowskich imperialnych Niemiec. Przeżył tragedię Śląska w okresie powstań i plebiscytu, okres zamętu i bratobójczych walk, by ostatecznie stać się lojalnym obywatelem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Doświadczył barbarzyństwa faszystowskiej okupacji, kiedy nie zawahał się przyjść z pomocą, mimo związanego z tym olbrzymiego ryzyka, przeciwnikom totalitarnego reżimu. Po ustaniu jednego totalitaryzmu nastał czas drugiego, różniącego się kolorem. Doktor Mende stał się obywatelem komunistycznej Polski. Częste zmiany państwowości to sytuacja dość typowa dla ludzi pogranicza, typowa dla wielu setek tysięcy Ślązaków w tym stuleciu. Szkoda tylko, że im dalej od tego pogranicza tym mniej zrozumienia dla złożoności tej sytuacji, tym więcej ignorancji, arogancji i zwyczajnej złej woli w ferowaniu oskarżycielskich wyroków. A doktor Mende za każdym razem, pod każdym nowym władcą potrafił wznieść się ponad szkodliwe narodowe i polityczne antagonizmy, potrafił artykułować niewygodną wtedy a i teraz też prawdę, że Śląsk jest wspólną własnością zamieszkujących go i tworzących jego niepowtarzalną kulturę nacji. Potrafił być sobą, śląskim patriotą, prawdziwym europejczykiem. Warto, by taki wizerunek tego niepowtarzalnego człowieka zachował się dla potomności, by czas go nie zaćmił, by jego duchowe dziedzictwo służyło budowaniu nowej, lepszej przyszłości w naszej śląskiej małej ojczyźnie.


W galerii wybitnych postaci ziemi wodzisławskiej w tym stuleciu nie może, oczywiście, zabraknąć i księży. Duchowieństwo przez długi okres czasu było jedyną warstwą autentycznej, rodzimej śląskiej inteligencji. O jego historycznych zasługach położonych dla dziejów Górnego Śląska, a zwłaszcza dla obrony zagrożonej przez kolonizatorów ze wschodu i zachodu tożsamości etnicznej i kulturowej Górnoślązaków napisano już bardzo wiele. Niektóre z postaci śląskiego i wodzisławskiego duchowieństwa są szeroko znane, że przypomnę tylko postać pochodzącego z niedalekiego Radlina ks. kardynała Bolesława Kominka, albo też niestrudzonego społecznika i obdarzonego wielką charyzmą kapłana pochodzącego z Rudy Śląskiej, lecz działającego w pobliskim Jedłowniku i Turzy ks .Ewalda Kasperczyka. Inne z-tych postaci są znane mniej, albo w ogóle i niesłusznie zapomniane. Ja chciałbym przypomnieć, a niektórym z Państwa może w ogóle przedstawić sylwetkę księdza Rudolfa Adamczyka. Postać to, moim zdaniem, wybitna, nie tylko w skali ziemi wodzisławskiej, ale i całego naszego regionu. Ksiądz Rudolf Adamczyk urodził się 7 IV 1905r. w niedalekim ęd Wodzisławia Uchylsku, w rodzinie chłopskiej. Do szkoły powszechnej uczęszczał w Gorzyczkach, potem uczył się w państwowym, niemieckim gimnazjum w Gliwicach i polskim już gimnazjum w Rybniku. Po zdaniu matury wstąpił do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i kończył studia teologiczne w Rzymie. Był wybitnie uzdolnionym kapłanem i teologiem - naukowcem. Podczas rzymskich studiów uzyskał doktorat z teologii i prawa kanonicznego. Po powrocie do kraju pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji w katowickiej kurii diecezjalnej i na wielu placówkach duszpasterskich, na które delegował go biskup Stanisław Adamski. Nie czas i miejsce, by je teraz tu wymieniać. Dla mnie, interesującego się szczególnie historią Górnego Śląska po 1945 r., ciekawy i interesujący jest ten właśnie okres w życiu i działalności księdza R. Adamczyka. Gdy 12 V 1945 r. został członkiem Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach, dał się poznać jako gorliwy obrońca Ślązaków, których opinia publiczna poza Śląskiem i pewne kręgi nowej wojewódzkiej władzy oskarżały o zdradę sprawy narodowej w okresie okupacji hitlerowskiej w związku ze sprawą volkslisty. Wygłaszał wówczas prelekcje na temat społecznej funkcji rodziny . i konieczności zachowywania w życiu społecznym zasad etyki katolickiej. Wyjaśniał sprawę volkslisty i koncepcje bpa. S. Adamskiego dotyczące obrony biologicznej .Ślązaków przed zagładą. Opublikował je m.in. w "Gościu Niedzielnym". W przemówieniu wygłoszonym na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej Województwa Śląsko - Dąbrowskiego w Katowicach 31 VII 1945 r., broniąc Ślązaków przed wspomnianymi wyżej oskarżeniami o dopuszczenie się przez nich w okresie okupacji "zdrady sprawy polskiej, wygłosił pamiętną i płomienną orację, w której ze swadą i polotem scharakteryzował rządy państwowości polskiej na Śląsku przed wrześniem 1939 r., jej stosunek do Ślązaków, a także to co nastąpiło w roku 1945. Oto niektóre, wybrane, fragmenty jego przemówienia, warte, myślę, przypomnienia i dzisiaj:
"Niestety nastąpiło rozczarowanie i śmiało rzec można, że nie Śląsk zdradza Polską, lecz Polska zdradza Śląsk. W 1922 przyszły na Śląsk męty społeczeństwa, z małymi wyjątkami. Zamiast ludność Śląska sobie pozyskać, zapalić dla sprawy polskiej, zdawało się, jakoby Polsce było zależało na zrażaniu ludności tubylczej. Śląska młodzież akademicka nie dochodziła do wyższych stanowisk i gdzie indziej szukać musiała szczęścia. Ani jedno stanowisko Wydziału Sl. Urzędu Wojewódzkiego nie było zajmowane przez rodowitego Ślązaka. Sprowadzało się robotników z innych dzielnic a śląski robotnik musiał szukać zarobku w Niemczech, gdzie go z otwartymi ramionami przyjmowano i germanizowano. W skarbie śląskim byty miliony a bezrobocie wzrastało. Lud śląski bolał nad tym, ale milczał. Proces polonizacyjny ludności śląskiej doznał dzięki niefortunnej polityce p. Grażyńskiego pewnego opóźnienia, bo powstała przepaść między ludem a sferami rządowymi, którym na dobru tego ludu jakby nie zależało. Toteż jeszcze przed wypadkami wrześniowymi czołowe osobistości wywoziły swe meble i inne ruchomości poza Śląsk, z którym nie były związane. Nie Śląsk zdradził Polskę, lecz Polska zdradziła Śląsk. Sfery rządowe porzuciły ten lud i pozostawiły go bez oopieki. Jedynie Biskupi nasi wytrwali na posterunku, poza nimi nie było nikogo, kto by spieszył temu ludowi z doradą lub pomocą".


Takich patriotycznych, broniących Ślązaków i ich okupacyjnej przeszłości wystąpień miał wówczas wiele i był z tego szeroko na Śląsku znany. W tym samym przemówieniu wygłoszonym 31 VII 1945 r. na forum WRN w Katowicach, charakteryzując niedawną przeszłość okupacyjną Śląska, o sytuacji samych Ślązaków w tym czasie mówił tak:
"Lud ten był skazany na laskę i niełaskę okupanta. Zaczęły się aresztowania, po bruku katowickim obficie płynęła krew, pod Parkiem Kościuszki ciągłe były egzekucje, inteligencję śląską wywieziono i wymordowano w obozach. Zaczęło się wywłaszczanie i wywożenie ludności. Zabroniono mowy polskiej w domu i poza domem. Szpiegowano ludność na każdym kroku i wyciągano przeciw opornym najostrzejsze konsekwencje. Gilotyna była często w obrocie. Wzajemne wspieranie się Polaków było. surowo wzbronione. Właśnie za to rozstrzelano .ks. Kanię [kapelana AK na Górnym Śląsku i więźnia obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu - J. G.] i ścięto ks. Machę ^uczestnika polskiej konspiracji na Górnym Śląsku, więźnia politycznego - J. G.], który zginął jak prawdziwy męczennik. Co tu robić, jak sprawę ratować, co czynić, by polska ludność Śląska poniosła jak najmniej uszczerbku?".
I odnosząc się już do sytuacji i atmosfery powojennej w województwie, zakończył ten fragment swej oracji ostrą krytyką tych, którzy łatwo potępili Ślązaków za ich okupacyjną przeszłość: "Wtedy tych panów, którzy dziś na Ślązaków tak wyzywają i na nich psy wieszają na Śląsku nie było, by radzić i pomagać biednej ludności. Schowali się na czas w Gubernatorstwie ".


Niezwykle dramatyczne i wręcz burzliwe, godne zaiste filmowego scenariusza były dalsze losy ks. Adamczyka, więzionego m. in. w czasach stalinowskich, oskarżanego bezpodstawnie o szpiegostwo na rzecz USA, utrzymywanie znajomości "z agentem CIA - bpem. Cz Kaczmarkiem", a w czasach już późniejszych skonfliktowanego z bpem. Herbertem Bednorzem w związku ze sprawą wystroju prezbiterium katedry katowickiej. W roku 1973 ks. R. Adamczyk przeszedł na emeryturę i zamieszkał w Jastrzębiu Zdroju. Tam też 24 VIII 1980 r. zmarł, a pochowano go w Górzycach. Można by, proszę Państwa, wymienić jeszcze wiele innych znanych i nieznanych postaci ziemi wodzisławskiej, które współtworzyły jej historię i jej dokonania. Szczupłość czasu jakim dysponuję nie pozwala mi nawet wspomnieć tych najważniejszych. Są wśród nich również postacie, które na ziemi wodzisławskiej się urodziły, ałe wskutek różnych dziejowych zawirowań musiały później z nią się rozstać, spędzając swe dojrzałe lata życia na obczyźnie, niekiedy bardzo owocnie, robiąc różne kariery i dochodząc do wysokich stanowisk w tamtych społeczeństwach. O jednej takiej postaci chcę Państwu koniecznie jeszcze wspomnieć - miałem zaszczyt kilka lat temu poznać ją osobiście i bardzo jestem z tego faktu dumny. Niestety, osoba ta już nie żyje. 11 IV 2000 r. zmarł w Exeter (Anglia) prof. dr Dominik Lasok, uczestnik wojny wrześniowej 1939 r., kampanii francuskiej 1940 r., żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, a przede wszystkim wybitny prawnik, były dziekan wydziału prawa Uniwersytetu w Exeter, prekursor nauki prawa europejskiego w skali europejskiej, posiadacz trzech doktoratów honoris causa i prestiżowego brytyjskiego Oueens Counsel. Ten światowej sławy uczony, wielki Ślązak -(nigdy i nigdzie w świecie nie ukrywał swej śląskiej tożsamości) i Polak i szanowany obywatel Wielkiej Brytanii pochodził z niedalekiej Turzy Śl. Urodził się 4.01.1921 r., do szkoły powszechnej chodził w Turzy Śląskiej, a po jej ukończeniu wstąpił do Państwowego Gimnazjum w Rybniku. Po zdaniu matury dalsze jego życiowe ambitne plany pokrzyżował wybuch wojny w 1939 roku. Był żołnierzem września 1939 roku, francuskiej kampanii 1940 roku i potem żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po zakończeniu wojny pozostał na obczyźnie, nie chciał bowiem wracać do kraju rządzonego przez komunistów. Rozpoczął i kontynuował z dużym sukcesem, przezwyciężając z właściwym chyba tylko Ślązakom uporem wszelkie przeciwności, których dumni i próżni, jak sam mawiał, Anglicy, mu nie skąpili, studia prawnicze na brytyjskich uczelniach, a po ich ukończeniu rozpoczął karierę prawniczą i naukową i osiągnął w niej najwyższe, w skali europejskiej, laury. Był wybitnym znawcą prawa i instytucji Unii Europejskiej, z którego wiedzy i doświadczenia w tym zakresie korzystały najbardziej renomowane uczelnie europejskie. Zapraszany przez najlepsze europejskie i amerykańskie uniwersytety jeździł po świecie z gościnnymi wykładami, a pod koniec, już życia prowadził zajęcia z problematyki prawa europejskiego na uniwersytecie w Poznaniu i Krakowie. Do końca życia utrzymywał kontakty z rodziną pozostałą w Turzy - przyjeżdżał, odwiedzał, cieszył, się jej sukcesami. Niedawno powstała idea, pomysł, aby któryś z naszych europejskich konkursów nazwać imieniem prof. Lasoka. Zobaczymy, co z tego wyniknie.


Podsumowując już swe wywody, chcę jeszcze powiedzieć, że historię ziemi wodzisławskiej i jej dziedzictwo kulturalno - historyczne tworzą na co dzień przeważnie ludzie z pozoru zwykli, zajęci swym normalnym, codziennym życiem, ale zarazem starający się przez swoją twórczość, aktywność w różnych dziedzinach życia, swoje dokonania, nadać i swojemu życiu i ziemi, z której wyrośli, nieco głębszy sens. Jednym z takich ludzi, o których śmiało mogę powiedzieć, że to oni właśnie tworzą dziedzictwo kulturalno - historyczne ziemi wodzisławskiej jest p. Andrzej Piontek, fotograf amator z Kokoszyc. Obiektem fotograficznej pasji p. Andrzeja jest od lat nasza ziemia wodzisławska - jej przyroda, krajobraz, architektura. Niniejszym zachęcam Państwa serdecznie do oglądnięcia wystawy fotografii p. Andrzeja, tematycznie poświęconych właśnie naszej ziemi. Proszę się przypatrzyć temu, jak zwykłe na pozór i banalne rzeczy, które w pośpiechu codzienności mijamy niekiedy obojętnie, w obiektywie p. Andrzeja ożywają, nabierają cech niezwykłego, wyrafinowanego piękna. Żeby to piękno wychwycić, ukazać i wyeksponować artystycznie, trzeba mieć w sobie prawdę wrażliwości, inteligencji i wyobraźni. Myślę, że tacy byli w historii, są obecnie i będą w przyszłości ludzie ziemi wodzisławskiej.


Daniel Jakubczyk

 


(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. Isos & redakcja miesięcznika "U Nas", Gorzyce 2001.